Zanim pojawiły się tu domy, ogrodzenia i wieczorne światła w oknach, było tu po prostu… pole.
Na skraju lasu, w miejscu dobrze znanym mieszkańcom okolicy, rozciągała się przestrzeń, która z jednej strony sąsiadowała z zielenią drzew, a z drugiej — otwierała się na szerokie niebo. Wiosną całe to pole potrafił pokryć żarnowiec, tworząc żółty dywan tak intensywny, że trudno było uwierzyć, że to nie jakaś pocztówka z katalogu „Polska – wersja premium”.
Do pobliskiego lasu przyjeżdżali grzybiarze — z Kołobrzegu i nie tylko. W sezonie można było tam spotkać więcej koszyków niż wolnych miejsc parkingowych (a to już coś mówi o popularności miejsca).
A samo pole? Cóż… miało swoich stałych fanów.
Szczególnie upodobali je sobie paralotniarze.
I właśnie zdjęcie, które widzicie poniżej, zostało wykonane przez zaprzyjaźnionego paralotniarza. W tamtych czasach drony fotograficzne były jeszcze w sferze science fiction albo przynajmniej „kiedyś to może będzie”, więc jeśli ktoś chciał zrobić zdjęcie z góry — musiał po prostu… polecieć.
Trochę bardziej romantycznie niż dziś, prawda?
Charzyno było wtedy spokojną wioską, w której nie każdy od razu widział miejsce do życia i budowy domu. Zmieniające się Kołobrzeg — rosnące apartamentowce, nowe inwestycje, coraz bardziej „miejskie” tempo życia — sprawiały jednak, że pojawiało się pytanie:
czy wszyscy naprawdę chcą mieszkać w centrum, w nowoczesnych, ale jednak betonowych budynkach?
Z jednej strony wygoda, z drugiej… no właśnie — ściany, które nie zawsze pachną lasem.
Coraz wyraźniej widać było, że istnieje potrzeba czegoś innego. Domów jednorodzinnych. Przestrzeni. Spokoju. Miejsca, gdzie można wyjść rano z kawą na taras i nie robić tego w towarzystwie wind i klatek schodowych.
Tylko że nie każdy ma czas, doświadczenie albo — bądźmy szczerzy — nerwy, żeby samodzielnie przejść przez cały proces budowy domu. Dlatego coraz więcej osób zaczynało szukać gotowych rozwiązań.
I właśnie wtedy pojawiła się idea stworzenia osiedla.
Na początku nazwaliśmy je roboczo „Przytulne Przylesie”. Brzmiało trochę jak nazwa miejsca, w którym serwują domowe ciasto i herbatę z lipy — i może coś w tym było.
Tak zaczęła się historia miejsca, które dziś wygląda zupełnie inaczej. Ale o tym — w kolejnych wpisach.
Bo jak to się mówi… kiedyś było pole, dziś są domy, a tuż obok wciąż jest las — ten sam, który od zawsze był naturalnym sąsiadem tego miejsca i w dużej mierze nadaje mu jego spokojny, kameralny charakter.