Kiedy już wiedzieliśmy, że właśnie tutaj chcemy stworzyć osiedle, przyszedł czas na pytanie, które z pozoru wydaje się proste:
Jaki powinien być ten pierwszy dom?
Odpowiedź wcale nie była oczywista.
Nie chcieliśmy budować ani małego domku, który po kilku latach okaże się za ciasny, ani wielkiej willi wymagającej armii ogrodników i osobnego działu do sprzątania. Szukaliśmy czegoś pomiędzy. Domu wygodnego, funkcjonalnego i ponadczasowego.
Takiego, w którym dobrze będzie się mieszkało zarówno młodemu małżeństwu, rodzinie z dziećmi, jak i osobom, które po prostu marzą o własnym kawałku przestrzeni.
Rozpoczęły się więc poszukiwania.
Przeglądaliśmy strony deweloperów i biur projektowych. Oglądaliśmy dziesiątki projektów. Jeździliśmy po okolicy, podglądając ciekawe realizacje. Czasami wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić: „nie, to zdecydowanie nie to”. Innym razem wydawało się, że znaleźliśmy ideał, aż do momentu, gdy pojawiał się kolejny projekt i cały proces zaczynał się od nowa.
Każdy, kto kiedykolwiek budował dom, wie, że wybór projektu przypomina trochę wybór samochodu. Kiedy już jesteśmy pewni swojej decyzji, nagle pojawia się jeszcze jeden model, który koniecznie trzeba obejrzeć.
W końcu rozpoczęliśmy rozmowy z architektem, który już wtedy cieszył się dużym uznaniem, a dziś należy do grona bardzo cenionych projektantów.
To właśnie on zaproponował rozwiązanie, które od razu zwróciło naszą uwagę.
Bryła domu była prosta i zwarta. Budynek z użytkowym poddaszem, klasyczny, bez architektonicznych fajerwerków i modnych dodatków, które po kilku latach mogłyby wyjść z mody. Można powiedzieć — klasyczny do bólu. I właśnie w tym tkwiła jego siła.
Ale projekt miał kilka bardzo ciekawych cech.
Po pierwsze, przewidywał trzy różne wersje elewacji. Klasyczną, nowoczesną oraz bardziej tradycyjną, inspirowaną wiejską architekturą, z drewnianymi okiennicami. Dzięki temu każdy mógł wybrać charakter domu najlepiej odpowiadający własnym upodobaniom.
Po drugie, projekt zakładał możliwość rozbudowy.
Już wtedy myśleliśmy o tym, że życie potrafi pisać różne scenariusze. Rodzina się powiększa, dzieci dorastają, czasem pojawia się potrzeba opieki nad rodzicami lub stworzenia dodatkowej przestrzeni do pracy. Dom miał być gotowy na takie zmiany.
Dziś nazwalibyśmy to modułowością. Wówczas była to po prostu rozsądna odpowiedź na potrzeby przyszłych mieszkańców.
Tak powstał pierwszy projekt domu.
Dom w rozmiarze S — od angielskiego „small”. Nieduży, ale wygodny. Skromny, ale przemyślany. Taki, od którego wszystko miało się zacząć.
Kiedy projekt był gotowy, wydawało się, że najtrudniejsze za nami.
Jak łatwo się domyślić — tylko nam się wydawało.
Rozpoczęła się bowiem znacznie mniej widowiskowa część przedsięwzięcia: uzyskiwanie warunków technicznych, projektowanie sieci, uzgodnienia, dokumentacja i cała administracyjna układanka niezbędna do budowy infrastruktury.
O tej części historii opowiemy szerzej w osobnym wpisie, bo zasługuje na własny rozdział.
Powiedzmy tylko tyle: lekko nie było.
Na szczęście na naszej drodze spotkaliśmy wiele życzliwych osób. Urzędników, projektantów, architektów, kierowników budowy i specjalistów różnych branż, bez których realizacja całego przedsięwzięcia byłaby po prostu niemożliwa.
Dziś łatwo patrzeć na gotowe domy i uporządkowane ulice. Trudniej dostrzec setki rozmów, telefonów, spotkań, dokumentów i decyzji, które musiały zostać podjęte wcześniej.
Ale właśnie z takich małych kroków powstają duże przedsięwzięcia.
A nasza historia dopiero się rozpędzała.